6/29/2019

Krąg zainteresowań Szkolnego Koła Artystyczno-Teatralnego.

Johann Sebastian Bach 

(ur. 21 III 1685 w Eisenach, zm. 28 VII 1750 w Lipsku)

 – kompozytor epoki baroku, jeden z najwybitniejszych artystów w dziejach muzyki.


Święci Archaniołowie.


"Któż jak Bóg"

"Bóg uleczył"


"Wojownik Boży"

Święty Ludwik IX, król francuski.



"Synu miły, wolałabym cię raczej widzieć na marach śmiertelnych, aniżelibyś kiedykolwiek grzechem śmiertelnym Stworzyciela swego miał obrazić" - mawiała do świętego Ludwika IX matka, królowa Blanka Kastylijska.
Natomiast do swego syna tak święty Ludwik IX mawiał: "Kochany synu, na pierwszem miejscu polecam ci jako najważniejszy obowiązek, żebyś całem, sercem miłował Boga i raczej poniósł śmierć i najokropniejsze udręczenia życia aniżelibyś popełnił kiedy grzech śmiertelny. Jeśli Bóg ześle na ciebie smutek lub chorobę, dziękuj Mu za to; pomnij, że czyni to dla twego dobra; żeś może zasłużył sobie na daleko większą karę przez niedostateczną służbę swą ziemską, przez brak posłuszeństwa wobec woli Stwórcy. Jeśli zaś dobrze ci się powodzić będzie, to i zato Bogu dziękuj; strzeż się pilnie pychy i zarozumiałości; niegodna to bowiem rzecz niewdzięcznością odpłacać dobroczyńcy. Przystępuj często do spowiedzi. Za przewodników duszy obieraj sobie ludzi pobożnych i światłych, którzy nie będą się wahali wytykać ci błędów. Słuchaj nabożnie Mszy św., módl się sercem i ustami, mianowicie w chwili Podniesienia. Bądź łagodnego i miłosiernego serca dla ubogich, wspieraj ich czynem i radą. Unikaj towarzystwa bezbożnych, oddalaj od siebie tych, co rozmowy toczą grzeszne lub oczerniają bliźnich swych. Gdy wstąpisz na tron królewski, bądź przedewszystkiem sprawiedliwy. Jeśli bogaty swarzyć się będzie z ubogim, broń raczej biednego; gdy sprawa będzie jasna, przyznaj słuszność temu, któremu się należy. Jeśli posiadłeś coś niesprawiedliwie lub niesłusznie odziedziczyłeś, oddaj natychmiast bez względu na to, czy tego wiele lub mało. Miej zamiłowanie do modlitwy; dziękuj Bogu często za dobrodziejstwa doznane, byś zasłużył sobie na dalsze łaski. Nie zapominaj nigdy, ile Pan Jezus uczynił dla naszego odkupienia; dlatego staraj Mu się przypodobać."

O szczęściu - Św. Maksymilian Maria Kolbe.

"Wszyscy szczęścia pragną i za nim gonią, ale niewielu je znajduje, bo nie szukają tam, gdzie ono jest.
Wyjdźmy na ulicę. Szerokim chodnikiem gorączkowo spieszą ludzie różnego wieku i stanu, a każdy dąży do jakiegoś celu, który ma być cząstką jego szczęścia. Środkiem przesuwają się powozy i samochody, a ci, co w nich siedzą, marzą o – szczęściu. W wystawowych oknach najrozmaitsze towary ofiarowują się przechodniom, by właścicielom swym i kupcom przybliżyć – szczęście. Gdzie spojrzysz, wszędzie zobaczysz spragnionych – szczęścia. Lecz czyż ci wszyscy są pewni, że u kresu swych zabiegów obejmą skarb tak pożądany?
Jeden z nich wytknął sobie za cel nagromadzenie dóbr materialnych, pieniędzy. Jeszcze do kresu swych życzeń nie doszedł – więc goni dalej. Czy jednak dojdzie?... Czym więcej dóbr gromadzi, tym bardziej się do nich zapala, tym więcej pragnie. I choćby cały świat posiadł, jeszcze zazdrośnie na księżyc spoglądnie. Pragnie więcej i więcej, coraz szybciej nabywać i coraz trwalej dzierżyć. Ileż pracy, zabiegów, poświęcenia, zdrowia kosztowało go to, co posiadł i ileż jeszcze trudów go czeka! A jeżeli choroba nawiedzi, fortuna nie dopisze, złodziej okradnie? Wreszcie – przecie w końcu przyjdzie i śmierć. A wtedy?... Trzeba będzie opuścić wszystko i iść samemu do wieczności... Sama myśl o tym zatruwa mu chwile krótkiego zadowolenia z odniesionych korzyści. Nie posiadł więc szczęścia!
Idźmy dalej. Przy drzwiach plakat: "Zabawa taneczna" i wielu się tam ciśnie. Używają świata, póki służą lata! Czyż ci są szczęśliwi? Czyż nie zapragną większego, pełniejszego i słodszego kielicha rozkoszy? Szukają coraz to nowszych przyjemności, a w końcu wpadają w przesyt, odczuwają – granicę. A przecież pragnęliby szczęścia bez granic i bez końca...
Więc i ci go nie znajdą.
A może sława zadowoli człowieka? Spojrzyjmy na rzesze ludzi poważanych, zajmujących wysokie stanowiska, cieszących się szerokim rozgłosem. Czy może ci posiadają talizman szczęścia? Zapytajmy, czy nie życzyliby sobie, aby sława ich szersze zatoczyła koła, aby na innych zajaśniała polach? Bez wątpienia każdy z nich chętnie by to przyjął i może nieraz przemyśliwa, jakby jeszcze więcej zabłysnąć. Tymczasem może inni go zaćmiewają, tylu nie docenia jego zasług, iluż mniej godnych postawiono wyżej niego; wreszcie – i sława, to kryształ bardzo kruchy: wielu niedawno jeszcze sławionych znajduje się teraz w cieniu zapomnienia. A w końcu i jego odwiedzi – śmierć... A po niej?... Cóż pomogą pochwały ludzkie i pomniki, jeżeli wieczność będzie nieszczęśliwa?...
I w tym więc szczęścia nie ma.
Lecz bogactwo, rozkosze życia i sława są raczej udziałem wyjątków, gdy tymczasem szczęścia pragnie każdy...
* * *
Za wielkie jest serce człowieka, by je można było zapełnić pieniądzem, zmysłowością lub zwodniczym, choć odurzającym, dymem sławy. Ono pragnie dobra wyższego, bez granic i wiecznie trwającego. A takim dobrem to tylko – Bóg."


Ojciec Maksymilian Maria Kolbe.

Święty Stanisławie Kostko, módl się za nami.


W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru
taki, że widz, niechcący wstrzymuje sie u progu
myśląc, że święty we śnie zwrócił twarz od muru
i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi.




Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek
Królowej nieba, która z świętych chórem schodzi
i tron opuszcza, nędzy spiesząc na ratunek.
Palm, kwiatów wiele aniołowie niosą,
skrzydłami z ram lub nogą występują bosą.




Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,
w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,
jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:
niby, że po obrazu stoczywszy się płótnie,
upaść ma jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnie.
I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci.


Cyprian Kamil Norwid

Krąg zainteresowań Koła Artystyczno-Teatralnego Szkół św. Wojciecha.

Fryderyk Chopin

Mazurek f-moll Fryderyka Chopina

Cyprian Kamil Norwid


Rękopis


Cyprian Kamil Norwid: Fortepian Szopena

Do Antoniego C.
La musique est une chose étrange![1]
Byron
L’art?… c’est l’art – et puis, voilá tout.[2]
Béranger
I
Byłem u ciebie w te dni przedostatnie
Niedocieczonego wątku
Pełne, jak Mit,
Blade – jak świt…
– Gdy życia koniec szepce do początku:
„N i e  s t a r g a m  C i ę  j a – n i e!  –  Ja… u - w y d a t n i ę ! …”.

II
Byłem u Ciebie w dni te, przedostatnie,
Gdy podobniałeś… co chwila – co chwila –
Do upuszczonej przez Orfeja liry,[3]
W której się rzutu-moc z pieśnią przesila,
I rozmawiają z sobą struny cztéry,
Trącając się,
Po dwie – po dwie –
I szemrząc z cicha:
„Z a c z ą ł ż e  o n
U d e r z a ć  w  t o n ? …
C z y  t a k i  M i s t r z ! …  ż e  g r a …  c h o ć  –  o d p y c h a”.

III
Byłem u Ciebie w dni te, Fryderyku!
Którego ręka – dla swojej białości
Alabastrowej… i wzięcia, i szyku,
I chwiejnych dotknięć – jak strusiowe pióro –
Mięszała mi się w oczach z klawiaturą
Z słoniowej kości…
I byłeś jako owa postać – którą
Z marmurów łona,
Niżli je kuto,
Odejma dłuto –
Geniuszu… wiecznego Pigmaliona![4]

IV
A w tém… coś grał – i co? zmówił ton – i co? powié –
Choć inaczej się echa ustroją,
Niż gdy błogosławiłeś ręką Swoją
Wszelkiemu akordowi –
A w tém… coś grał – taka była prostota
Doskonałości Peryklejskiéj[5],
Jakby starożytna która Cnota,
W dom modrzewiowy wiejski
Wchodząc, rzekła do siebie:
„O d r o d z i ł a m  s i ę  w  N i e b i e
I  s t a ł y  m i  s i ę  A r f ą[6]  –  w r o t a,
W s t ę g ą  –  ś c i e ż k a …
H o s t i ę  –  p r z e z  b l a d e  w i d z ę  z b o ż e …
E m a n u e l[7]  j u ż  m i e s z k a
N a  T a b o r z e!”

V
I była w tém Polska – od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wzięta tęczą zachwytu –
– Polska – p r z e m i e n i o n y c h  k o ł o d z ie j ó w[8] !
Taż sama – zgoła,
Złoto-pszczoła!…
(Poznał-ć-że bym ją – na krańcach bytu!…)

VI
I – oto – pieśń skończyłeś – – i już więcéj
Nie oglądam Cię – – jedno – słyszę:
Coś?… jakby spór dziecięcy –
– A to jeszcze kłócą się klawisze
O nie dośpiewaną chęć:
I trącając się z cicha,
Po ośm – po pięć –
Szemrzą: „p o c z ą ł ż e  g r a ć ?  c z y   n a s  o d p y c h a ??…”

VII
O Ty! co jesteś Miłości-profilem,
Któremu na imię D o p e ł n i e n i e;
Te – co w sztuce mianują Stylem,
Iż przenika pieśń, kształci kamienie…
O! Ty – co się w dziejach zowiesz  E r ą,
Gdzie zaś ani historii zenit jest,
Zwiesz się razem; D u c h e m  i  L i t e r ą,
consummatum est[9]
O! Ty…  D o s ko n a ł e - w y p e ł n i e n i e,
Jakikolwiek jest Twój i gdzie?… znak…
Czy w F i d i a s u[10] ?  D a w i d z i e[11] ?  c z y  w  S z o p e n i e?
Czy w  E s c h y l e s o w e j  scenie[12]?…
Zawsze – zemści się na tobie… BRAK!
– Piętnem globu tego – niedostatek:
D o p e ł n i e n i e?… go boli!…
On –  r o z p o c z y n a ć  woli
I woli wyrzucać wciąż przed się – zadatek!
– Kłos?… gdy dojrzał – jak złoty kometa –
Ledwo że go wiéw ruszy –
Dészcz pszenicznych ziarn prószy,
Sama go doskonałość rozmieta…

VIII
Oto patrz – Fryd[e]ryku!… to – Warszawa:
Pod rozpłomienioną gwiazdą
Taka jaskrawa – –
– Patrz, organy u Fary; patrz! Twoje gniazdo –
Owdzie – patrycjalne domy stare
Jak  P o s p o l i t a - r z e c z,
Bruki placów głuche i szare
I Zygmuntowy w chmurze miecz.

IX
Patrz!… z zaułków w zaułki
Kaukaskie się konie rwą –
Jak przed burzą jaskółki,
Wyśmigając przed pułki:
P o  s t o  –  p o  s t o  – –
– Gmach – zajął się ogniem, przygasł znów,
Zapłonął znów – – i oto – pod ścianę –
Widzę czoła ożałobionych wdów
Kolbami pchane – –
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganków kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają… runął… runął – T w ó j  f o r t e p i a n!

X
Ten!… co Polskę głosił – od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wziętą hymnem zachwytu –
Polskę – przemienionych kołodziejów:
Ten sam – runął – na bruki – z granitu!
I oto – jak zacna myśl człowieka –
Potérany jest gniéwami ludzi;
Lub – j a k  —  o d  w i e k a
W i e k ó w  –  w s z y s t k o,  c o  –z b u d z i!
I oto – jak ciało Orfeja –
Tysiąc pasji rozdziera go w części;
A każda wyje: „n ie  j a!…”
„N i e  j a!” – zębami chrzęści –

*
Lecz Ty? – lecz ja? – uderzmy w sądne pienie,
Nawołując: „C i e s z  s i ę  p ó ź n y  w n u k u!…
J ę k ł y  g ł u c h e  k a m i e n i e
I d e a ł  s i ę g n ą ł  b r u k u– –”
(z cyklu Vade-mecum, 1865–1866)


Przypisy:
  1. La musique est une chose étrange! (fr.) – Muzyka to rzecz dziwna!
  2. L’art?… c’est l’art — et puis, voilá tout (fr.) – Sztuka!… to sztuka – i to wszystko.
  3. Orfeja lira – lira mitycznego poety i muzyka Orfeusza, podarowana mu przez Apolla, po śmierci Orfeusza zawieszona na niebie jako gwiazdozbiór.
  4. Pigmalion – legendarny rzeźbiarz zakochany w Afrodycie, której postać rzeźbił w kości słoniowej. Bogini ożywiła posąg i w ten sposób stworzyła Galateę.
  5. Doskonałość Peryklejska – czasy Peryklesa (500–429 p.n.e.), złoty okres kultury antycznej
  6. Arfa – harfa, znany od starożytności instrument strunowy.
  7. Emanuel – jedno z biblijnych imion Mesjasza.
  8. Kołodziej – rzemieślnik zajmujący się wyrobem wozów i częsci do wozów
  9. Consummatum est (łac.) – wykonało się
  10. Fidias – Fidiasz (ok. 490 &ndash 420 p.n.e.), wybitny grecki rzeźbiarz okresu klasycznego, budowniczy ateńskiego Akropolu.
  11. Dawid – autor biblijnej Księgi Psalmów
  12.  Eschylesowa scena – tragedie Eschylosa (Ajschylosa), jednego z trójki wielkich tragików greckich

Feliks Koneczny - "Święci w dziejach Narodu Polskiego" - "Przed chrztem Polski".

Nie wszyscy lubią czytywać książki historyczne, bo powiadają - co ich obchodzi, co działo się na świecie przedtem, póki ich nie było; i po co przejmować się kłopotami nieboszczyków z dawnych pokoleń, skoro się ma dosyć własnych. Ale zainteresowaliby się od razu nieboszczykiem, choćby bardzo odległym, gdyby pozostał po nim... spadek. Od razu badaliby swoją "genealogię", tj. jak i z kim spowinowaceni byli jego ojcowie i dziadkowie, i jaką majętność, który z nich posiadał. Mało to procesów spadkowych, gdzie przed sądami wywodzi się długie, powikłane genealogie? Bywają nieraz kłopotliwe, bo nie tylko trzeba sięgnąć wstecz w dawne pokolenia, ale szukać przodków po rozmaitych powiatach i województwach, a czasem nawet sięgnąć na drugą półkulę.
Każdy z nas należy oczywiście do jakiegoś rodu. Niegdyś rody przebywały zawsze w pobliżu siebie, z pokrewnych rodów tworzyło się plemię, a z plemion pokrewnych powstawał lud. Np. lud podhalański, laski, Krakowiacy, Kaszubi, Górale, Ślązacy, Kujawiacy i inne polskie ludy. Wszystko to powstało z pokrewieństwa, które po pewnym czasie staje się tak powikłane, że już nikt się w nim nie rozezna; nie sposób wykreślić genealogii, ale trwa tradycja o pochodzeniu od wspólnego przodka.
Z ludów polskich powstał z czasem historyczny naród polski, na zachód od nas czeski, a na wschód ruski. Przeświadczenie o wspólnym pochodzeniu było tak głębokie i mocne, iż w wiekach ubiegłych wymyślono nawet taką świecką legendę, że pochodzimy od trzech braci: Lecha (zwano Polaków Lechitami), Czecha i Rusa. Można by cofnąć się jeszcze dalej, bo każdemu dziecku wiadomo, że wszyscy pochodzimy od Adama i Ewy - i jest to zupełna prawda - ale niech kto spróbuje wysnuć całą swą genealogię od tych pierwszych rodziców! Otóż po tych wszystkich przodkach dźwiga się spadek i chcąc nie chcąc trzeba go przyjąć, w całości wraz z pożytkami i długami, ze wszystkim złem i dobrem, które nam poprzednicy zostawili.
Po przodkach jeden człowiek jest biały, a drugi czarny; jeden urodzi się poganinem, a drugi bez trudu, bez kłopotu od samego urodzenia otrzyma skarb prawdziwej wiary. A czy Polak może zamienić się w Chińczyka, gdyby mu się tak zachciało, lub Chińczyk w Polaka? Tę sprawę rozstrzygnęli przodkowie! A stan majątkowy, zwyczaje, obyczaje, upodobania, nawet stopień wykształcenia, czyż nie zależą w znacznej części od tego, czym byli i jacy byli nasi rodzice?
Naukę o wszelkim spadku po przodkach zwiemy Historią. Ona nas poucza, co które pokolenie robiło lub nie robiło i w jakim stanie przekazało spadek po sobie pokoleniu następnemu. Może być historia jednej rodziny, całego narodu, wreszcie historia powszechna wszystkich krajów i ludów całej ziemi. Historia tłumaczy, dlaczego obecnie jesteśmy tacy, a nie inni, skąd się wzięły dobre i złe strony naszego życia. Historia wyjaśnia współczesny stan spraw naszych; nie może ich znać dobrze nikt, kto ich nie pozna historycznie. Złymi też bywają doradcami w życiu publicznym tacy, którym brak wykształcenia historycznego. Ciężko jest obmyślać dobrą radę, gdy się nie wie, skąd co wynikło i dlaczego? Praca nad przyszłością nie może wydać dobrych skutków bez znajomości przeszłości.
Toteż spodziewamy się, że książka ta przynieść może niemało pożytku umysłowego i moralnego. Ponieważ zaś najważniejszym dziedzictwem jest spuścizna religijna, więc najpierw wyjaśnijmy sobie, jakim sposobem i jakimi drogami zawitała do Polski Ewangelia święta.
Najpierw dochodziła do tych ludów, które należały do starożytnego państwa rzymskiego. Nie na próżno mówili sobie chrześcijanie dawnych wieków, iż sama Opatrzność zezwoliła utworzyć Rzymianom olbrzymie państwo. Szerzenie ewangelii było ułatwione, skoro można było dotrzeć do tylu ludów, nie natrafiając na granice państwowe. Pod jednym rządem była Europa po Dunaj i Ren, Azja Mniejsza i północna Afryka! Potem podzieliło się to olbrzymie państwo na dwa cesarstwa: właściwe rzymskie zachodnie ze stolicą w Rzymie i wschodnie ze stolicą w Konstantynopolu, czyli Bizancjum (po słowiańsku Carogród).
Zachodnie cesarstwo rzymskie rozleciało się w V w. po Chrystusie i powstał z niego szereg państw mniejszych w Hiszpanii, we Francji, w Anglii i we Włoszech. Ale Rzym, "miasto wieczne został stolicą całego chrześcijaństwa, bo tak postanowił św. Piotr i tam kazał przebywać następcom, papieżom. Zanim zaś państwo rzymskie upadło, Rzymianie byli już nawróceni i sami szerzyli chrześcijaństwo po wszystkich krajach swego panowania.
Rzecz jasna, że później dopiero mogli dotrzeć misjonarze do takich krajów, które do państwa rzymskiego nigdy nie należały. Jeszcze z rzymskich czasów pochodzi chrześcijaństwo nie tylko we Włoszech, ale w Hiszpanii, w Anglii i w Irlandii (tam od r. 431), Francja zaś przyjęła chrześcijaństwo w r. 496.
Bizantyńskie cesarstwo natomiast kurczyło się, a co gorsza chrześcijaństwo traciło grunt w podległej mu Azji i Afryce. Opanowała te kraje nowa religia: islam, czyli muzułmaństwo, zwane też mahometanizmem od swego założyciela. Był nim Mahomet, zamożny kupiec i przewodnik karawan, który żył w Arabii w pierwszej połowie VII w. po Chrystusie. Obznajomiwszy się w podróżach handlowych z chrześcijaństwem i żydostwem, zapragnął też Arabów przywieść do wiary w jednego Boga. Wziął od żydów więcej, niż od chrześcijan, a między innymi zakazał sporządzać wyobrażenia ludzkich postaci, malarskie czy rzeźbiarskie. Pozostawił zaś niewolnictwo, zezwolił na wielożeństwo, a w raju po śmierci obiecywał wszelkie rozkosze cielesne. Taka religia, sumień nie dręcząc, szerzyła się łatwo. Nakazał zaś Mahomet szerzyć islam mieczem. Nawracanie było podbijaniem, a podboje szły bardzo szybko. Około r. 640 odebrali już muzułmanie Bizantyńczykom całą Arabię, Syrię, Palestynę, Persję i Egipt, a w r. 711 przeprawili się przez wąską Cieśninę Gibraltarską na stronę europejską i zaczęli podbój Hiszpanii.
Zastanawiać musi fakt, że Bizantyńczycy nie tylko nie nawrócili ani jednego muzułmanina, ale sami ulegli wpływom islamu. Oto kazano tam z cerkwi powyrzucać obrazy i podpalić je! Okres obrazoburstwa obejmował lata 717-842, trwał więc całych 125 lat. A nadszedł i minął z rozkazem rządowym! Jedni cesarze palili obrazy, a drudzy kazali je na nowo malować i zawieszać. A dla Cerkwi bizantyńskiej było przykazaniem wszystko, co kazał cesarz!
Podczas gdy katolicyzm, wymaga, żeby duchowa władza była niezależna od świeckiej, w Bizancjum zrobiono cesarza głowa Kościoła! Religia na usługach państwa! Skądże to? Bo Bizancjum odrywało się od jedności z Rzymem, odszczepiało się od prawdziwego Kościoła, odrzucało zwierzchność papieską, słowem popadało w schizmę. Łączyło się z tym przesadne mniemanie o władzy monarszej, o władzy rządu. Zasadą schizmatyckiego Bizancjum stała się tak zwana wszechmoc państwa. Znaczy to, że rządowi wszystko wolno, przy czym nie potrzebuje się krępować żadną moralnością. Nie wolno się było zastanawiać nad wolą rządu. Dołączył się do tego jeszcze jeden wzgląd: skoro wszystko ma być tak, jak każe cesarz bizantyński, zatem wszystko w całym państwie ma być jednakowe. Jednostajność jednak przeciwna jest naturze ludzkiej, wymuszano ją więc siłą i gwałtem. Wszystko tedy na wspak, niż nauczał Kościół rzymski, ten Kościół, który dopuszczał i dopuszcza zawsze rozmaitość nawet obrządków religii, umiejąc zachować jedność bez jednostajności.
Nastała między Rzymem a Bizancjum nie tylko schizma, ale całkiem odmienne poglądy na życie zbiorowe, czyli różnica cywilizacji. Inna wykształciła się cywilizacja w Bizancjum, a inna w Rzymie. Kościół zachodni zbierał tymczasem wszystko, co po starożytnych Rzymianach zostało dobrego, co dało się pogodzić z chrześcijaństwem. Przecież nawet za czasów pogaństwa obowiązywało u Rzymian jednożeństwo, nietykalność własności prywatnej, a prawo prywatne miało ogromną powagę; aż do późnych czasów utrzymali też praworządność, to znaczy, że nawet głowę państwa obowiązywało prawo. Panował u Rzymian ład i porządek publiczny, bezpieczeństwo i trwałość stosunków. To wszystko przejmował Kościół i chronił, podobnie jak naukę, literaturę i sztuki piękne, całe umysłowe dziedzictwo po starożytnym świecie. Postawiwszy zaś na czele całego życia zbiorowego zasadę dwoistości władzy, osobnej duchownej, a osobnej świeckiej, wytworzył Kościół nową cywilizację. Nazywamy ją łacińską, a to od języka, który przyjęty od starożytnego Rzymu, stał się językiem kościelnym na zachodzie i językiem powszechnym nowej cywilizacji.
Tej cywilizacji Bizancjum nie tylko nie przyjęło, ale zwalczało ją zawzięcie.
Gdy tedy cesarze bizantyńscy, pozbawieni panowania w Azji i w Afryce przez islam, chcieli pozyskać zwierzchnictwo nad całą Europą, papiestwo sprzeciwiło się temu, a papież Leon III wznowił cesarstwo zachodniorzymskie ażeby zatamować szerzenie się bizantynizmu. Wszystkie państwa katolickie miały się połączyć w jeden związek pod świecką władzą cesarza rzymskiego, a pod duchowym zwierzchnictwem papieża. Wybór papieski padł na osobę Karola Wielkiego, który był już królem frankońskim i burgundzkim (dwie wielkie dzielnice Francji) oraz longobardzkim (w północnych Włoszech). Tego największego monarchę katolickiego ukoronował papież w Rzymie w r. 800 na cesarza.
Niedawno przedtem zaczęło się chrześcijaństwo w Niemczech zachodnich. Apostołem był mnich irlandzki, św. Bonifacy, który zginął śmiercią męczeńską w r. 754 z rąk Fryzów (na pograniczu Niemiec i Holandii). Dopiero za Karola Wielkiego zaczęto nawracać Sasów, główny lud Niemiec wschodnich - ale robiono to mieczem, w siedmiu krwawych wyprawach w latach 772-804; toteż długo jeszcze znać było, że są nawróceni ledwie powierzchownie.
Sasi sąsiadowali dalej na wschód już ze Słowianami, Ale osadnictwo Sasów nie sięgało nawet rzeki Łaby. Słowianie zamieszkiwali tereny, gdzie dzisiaj mieści się Lipsk, Berlin i Hanower. Żyły tam ludy, od rzeki Łaby, zwane Połabianami, Lutycy na zachodniej północy, środkiem Obodryci, na południu Łużyczanie i Milczanie. Jedynie Łużyczanie przetrwali do naszych czasów.
Wyginęły całe narody słowiańskie, wytępione mieczem niemieckim pod pozorem nawracania!
Nie powiodły się bowiem wspaniałe zamiary papieskie, związane z cesarstwem Karola Wielkiego. Nie szerzyło się wprawdzie panowanie bizantyńskie ku zachodowi, ale rozprzestrzeniała się cywilizacja bizantyńska, bo monarchom, królom i książętom bardziej dogadzało bizantyńskie pojmowanie władzy rządowej, niż rzymskie. Nastała długa walka dwóch cywilizacji. Ale cesarstwo Karola Wielkiego minęło, zaniknęła nawet sama godność cesarska.
Ze wschodniej połaci państwu Karola Wielkiego wytworzyło się królestwo niemieckie, prące coraz dalej na wschód na ziemie słowiańskie. Na pogańskich sąsiadów patrzyli tylko jako na materiał do łupów i nie spieszno im było z wysyłaniem misji. Przyjęły się wokół tronu niemieckiego bizantyńskie poglądy na stosunki Kościoła z państwem. Nawet biskupi niemieccy wysługiwali się politycznym celom swych królów. Popadali nieraz w rozterkę z papiestwem i więcej bywało w ich działaniu polityki, niż religii. Zobaczymy, jak potem wybitni Niemcy, którzy słuchali wskazówek Rzymu i trwali przy cywilizacji łacińskiej, nawet Święci Pańscy narodu niemieckiego, trzymali się Polski.
Wówczas, po roku 800, nie istniało jeszcze państwo polskie. Słowiańska państwowość powstała bardziej na zachód, mianowicie państwo Wielkomorawskie. Nazwa pochodzi stąd, że główny trzon tego państwa mieścił się na Morawach. Z Moraw państwo to rozszerzyło się daleko na zachód i wschód, z jednej strony na ludy czeskie, a z drugiej aż nad Wisłę poza Kraków.
Książę wielkomorawski, Mojmir, przyjął chrzest od misjonarzy niemieckich około r. 840, ale oparł się, gdy zażądano od niego, ażeby uznał zwierzchnictwo króla niemieckiego, Ludwika. Ten jednak wyprawił się na Morawy w r. 846 i strącił z tronu Mojmira. I byłby może nastąpił koniec państwa wielkomorawskiego, gdyby nie spryt Mojmirowskiego synowca Rastyca. Udawał potulnego wobec Niemców. Król Ludwik myślał, że będzie miał w nim, jakby swego posłusznego namiestnika, i dlatego sam nadał mu tytuł księcia wielkomorawskiego. Ale sprytny Rastyc miał swoje plany. Znał świat lepiej, niż stryj i wiedział, że chrześcijaństwo nie musi być wiarą "niemiecką", ani łączyć się z niemieckim poddaństwem.
Rastyc miał wieści z Półwyspu Bałkańskiego. Szczególnym zrządzeniem Opatrzności właśnie z bizantyńskiego państwa miała nadejść pomoc przeciwko bizantynizmowi niemieckiemu. Bo nie tylko w Niemczech, ale nawet na Półwyspie Bałkańskim nie wszyscy byli wrogami cywilizacji łacińskiej.
 

"Mili ludzie" - Arcybiskup Fulton J. Sheen.

Józef UNIERZYSKI

"Jawnogrzesznica", 1920

 




























Wprowadzeniem do tego tematu może być historia egotyka, który poszedł do lekarza narzekając na ból głowy. Lekarz, zbadawszy go, spytał: "Czy odczuwa pan przykry ból w okolicach czoła?" "Tak" - odpowiedział pacjent. "I pulsujący ból w tyle głowy?" "Tak". "I przeszywający ból tu z boku?" "Tak". Lekarz wyjaśnił: "Pańska aureola jest zbyt ciasno nałożona".

Faktem jest, że niemal każdy w dzisiejszych czasach wierzy, że ma aureolę. Jeśli nie bierze się ona z cnoty, pochodzi ona przynajmniej od szamponu. Mark Twain powiedział kiedyś: "Gdy myślę o tym, jak wielu niemiłych ludzi poszło - jak mi powiedziano - do nieba, czuję się zmobilizowany do tego, aby wieść lepsze życie".

Należy dokonać rozróżnienia między "miłymi" ludźmi i "okropnymi" ludźmi.

Mili ludzie myślą, że są dobrzy; okropni ludzie wiedzą, że tacy nie są. Mili ludzie nigdy nie wierzą, że czynią źle lub że łamią jakieś przykazanie albo że są winni pogwałcenia prawa moralnego. Jeśli czynią coś, co rozum nazwałby złym, mają setki sposobów na usprawiedliwianie się. Dobro jest zawsze w nich samych, lecz zło spowodowane jest czymś poza nimi. Niektórzy mówią, że bierze się ono z warunków ekonomicznych: ktoś powie "Urodziłem się w zbyt zamożnej rodzinie", a ktoś inny: "urodziłem się w zbyt ubogiej rodzinie". Psychologia również świetnie się nadaje do usprawiedliwiania swoich win, np: "Mam kompleks Edypa" lub "kompleks Elektry" albo "mam kompleks niższości".

Okropni ludzie, w przeciwieństwie do miłych, zazwyczaj nie są wystarczająco bogaci, aby poddać się psychoanalizie; nigdy nie zostali przedstawieni własnej podświadomości i myślą o sobie, że są po prostu w zwyczajny sposób źli. Mili ludzie oceniają siebie według wad, od których się powstrzymują; okropni ludzie oceniają siebie według cnót, w których upadli. Gdy miła osoba widzi, jak drugi człowiek robi coś, co postrzega ona za złe, krytykuje ona; gdy okropna osoba widzi człowieka, który idzie na śmierć na szafot, powtarza ona za św. Filipem Neri: "Oto ja tam idę, gdyby nie łaska Boża". Gdy miła osoba naprawdę grzeszy, mówi: "Ale ze mnie głupiec". Gdy okropna osoba grzeszy, mówi: "ale ze mnie grzesznik".

Mili ludzie zawsze przestrzegają etyki społecznej ortodoksji lub konwencji. Mniej snu z powiek spędza im fałszowanie zeznania podatkowego niż założenie na bankiet białego krawata zamiast czarnego i bardziej są zgorszeni gramatycznym błędem popełnionym przez kaznodzieję niż jego fałszywą doktryną.  Wyrafinowanie i respekt stanowią w ich dobroci szerszy koncept, a społecznym konwenansom nadaje się rangę Boskiego Przykazania; to, co jest powszechnie uznawane lub przyjmowane za zwyczaj, nie jest złe. Żyjąc w społeczeństwie, w którym rozwody są powszechne, mili ludzie mówią: "Ach, każdy tak robi, dlatego rozwód jest czymś dobrym". Mili ludzie myślą, że idą prosto, ponieważ obracają się w najlepszych kręgach; okropni ludzie to ci, których wady są widoczne i którzy z reguły nie dorównują poziomowi społecznej konwencji. Gdy mili ludzie łamią wszystkie Boże przykazania, ich przyjaciele mówią, że: "ona jest tak miła" lub "on jest tak miły"; gdy okropni ludzie łamią któreś z przykazań w bardziej rażący sposób, przypinana jest im etykietka człowieka "podłego i niewyrafinowanego". Mili ludzie kochają czytać skandaliczne historie o złośliwych ludziach, gdyż poprawiają one ich samopoczucie. W rzeczywistości mili ludzie to ci, których grzechy nie wyszły na jaw; ludzie okropni to ci, których grzechy wyszły na jaw.

W społeczeństwie nie ma miejsca dla tych, którzy są zbyt dobrzy lub dla tych, którzy są zbyt źli. Przetrwać mogą tylko ludzie przeciętni. To dlatego na Golgocie nasz Pan został ukrzyżowany z dwoma łotrami. Tamci byli zbyt źli dla konwencjonalnej moralności; nasz Pan był zbyt dobry. W czasie Swojego życia, nasz Pan często był kojarzony z tymi "okropnymi ludźmi". Opowiada On historię o synu marnotrawnym, który przedkładany był nad swego cnotliwego brata. Pochwala On syna, który zbuntował się i odpokutował a nie tego, który deklarował lojalność, a potem upadł. Cieszy się On zagubioną owcą, która się odnalazła i utraconą monetą, która została odzyskana, ponieważ Ewangelia, którą głosił, nie była potępieniem oczywistej niegodziwości, lecz raczej potępieniem rzucającej się w oczy dobroci.

Jedno z pięknych zdarzeń w Jego życiu dotyczyło miłych ludzi i okropnych ludzi. Zdarzyło się to po tym, jak nasz Zbawiciel spędził noc na modlitwie w Ogrodzie Oliwnym i przyszedł wczesnym rankiem do Świątyni z okazji wielkiego Święta Namiotów. Jest wielce prawdopodobne, że gdy w mieście gromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi, w radości świętowania mógł zdarzyć się jeden lub drugi przypadek nadużycia lub rażącego pogwałcenia moralności.

W każdym razie, bardzo mili ludzie, skrybowie i Faryzeusze, znaleźli kobietę, którą przyłapali na akcie cudzołóstwa. Interesujące było, że przyłapali ją na tym akcie i nie byli tak bardzo poruszeni okropieństwem tego grzechu, jak chęcią złapania jej i schwytania naszego Pana w pułapkę własnych słów. Wyciągając ją z jej schronienia, przyprowadzili ją w święte otoczenie Świątyni, poddając tę obdartą, potarganą, przerażoną kobietę zimnej i lubieżnej ciekawości swoich złośliwych towarzyszy.

Oskarżenie przeciw tej kobiecie było sformułowane w taki sposób, aby raczej oskarżyć Jego, a nie ją, i aby stworzyć wrażenie, że pogwałcił On albo prawo Mojżesza, albo prawo Rzymian, którzy podbili ten kraj. Zaczęli mówić: "Prawo Mojżeszowe nakazuje, aby ukamienować tę kobietę. Co Ty na to?". Było to prawdą, że Prawo Mojżeszowe faktycznie nakazywało kamienowanie takich kobiet, gdyż tego rodzaju sugestie znaleźć można w Księdze Powtórzonego Prawa i w Księdze Kapłańskiej. Lecz prawo to było podówczas już tylko martwą literą. W praktyce mówili do naszego Pana: "Mówisz, że pochodzisz od Boga, że jesteś Synem Bożym. Prawo Mojżesza pochodzi od Boga. Jeśli pochodzisz od Boga i prawo Mojżesza pochodzi od Boga, wówczas nakaż, aby ta kobieta została ukamienowana. Skaż ją na śmierć".

Lecz była to tylko część ich sztuczki. Od kilku dziesięcioleci, od kiedy Rzymianie objęli panowanie w ich kraju, tylko rzymskie władze mogły posłać kogoś na śmierć. Gdyby zatem skazał tę kobietę na śmierć zachowując posłuszeństwo prawu Mojżesza, donieśliby na Niego do Poncjusza Piłata, który w zamian oskarżyłby go o pogwałcenie prawa Cezara.

W każdym razie myśleli, że go złapali w pułapkę. Gdyby ukamienował tę kobietę, byłby winien zdrady przeciw Cezarowi; gdyby wypuścił tę kobietę, byłby winien herezji przeciw Mojżeszowi. Był to rodzaj dylematu między sprawiedliwością i miłosierdziem. Gdyby potępił tę kobietę, nie byłby miłosierny, a On twierdził, że jest miłosierny. Gdyby ją wypuścił, nie byłby sprawiedliwy, a On utrzymywał, że jest sprawiedliwy.

W odpowiedzi na ten dylemat nasz Zbawiciel pochylił się do przodu i zaczął przesuwać Swym palcem po kurzu, który leżał na podłodze Świątyni. Jest to jedyny zarejestrowany przypadek w Jego życiu, w którym coś pisał. Co pisał? Nie wiemy, lecz wiemy, że dwa razy pochylił się do przodu i dwa razy pisał coś w kurzu. Możemy zgadywać, że za pierwszym razem zapisał w kurzu grzechy tej kobiety, a delikatny wiatr nagle się zerwał, aby zdmuchnąć to, co zostało napisane.

Gdy On pisał, oni nastawali ze swymi pytaniami: "Co powiesz o prawie Mojżeszowym?". On spojrzał na nich i dał im Swoją odpowiedź: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Nie odwoływał on prawa Mojżeszowego. Domagał się powołania nowego składu sędziowskiego; pytał, czy kobieta ta mogła zostać należycie osądzona przez tych, którzy popełnili grzechy przeciwne jej grzechom. Było w niej zbyt dużo uczuć; oni mieli ich zbyt mało. Ona zgrzeszyła nadmierną miłością; oni zgrzeszyli jej brakiem. Nowi oprawcy zostali wezwani do Mojżeszowej dyspensy. Chrystus ogłosił, że tylko niewinni mają prawo, aby potępiać, a Ten, który był Samą Niewinnością, nie potępił jej, ponieważ pewnego dnia miał On umrzeć za nią i za wszystkich innych grzeszników.

Posłyszawszy Jego słowa, mili ludzie zaczęli spoglądać na siebie, aby zobaczyć, czy znalazłby się wśród nich człowiek wystarczająco odważny, który mógłby powiedzieć, że nie jest winien żadnego grzechu. Żaden z nich nie odszedł. Nasz Pan pochylił się raz jeszcze i pisał - i tym razem wierzymy, że zapisał grzechy wszystkich miłych ludzi - grzechy, które jeszcze nie wyszły na jaw. Gdy ujrzeli swe grzechy wystawione na widok publiczny, zaczęli odchodzić jeden po drugim, poczynając od najstarszego. Można sobie wyobrazić, jak nasz Pan spojrzał na jednego z nich Swoim głębokim, przenikliwym wzrokiem, który poprzedza sąd, a potem pisał w kurzu. Tym razem nie było wiatru, który mógł zdmuchnąć oskarżenia. Napisał: "Złodziej". Miły człowiek upuścił swój kamień i odszedł. Spoglądając na drugiego faryzeusza i czytając w jego duszy, nasz Pan napisał: "Morderca". Ten upuścił swój kamień i odszedł. Pozostał tylko jeden - najmłodszy i najbogatszy ze wszystkich. Wziął on już kamień z ręki swojego sąsiada i ważył go w dłoni, aby zobaczyć, czy jest on cięższy od kamienia, który przedtem trzymał, a potem oddał lżejszy kamień, aby rzucić cięższym w kobietę. Nasz Pan spojrzał mu w oczy, poznał jego grzech i napisał po raz trzeci: "Cudzołożnik". Ten szybko odrzucił swój kamień i uciekł.

W Świątyni pozostali tylko grzesznica i nasz Pan: miseria et misericordia; nędza i miłosierdzie, stworzenie godne pożałowania i współczucie. Zwracając się do niej słowem, którego użył raz w odniesieniu do Swojej Matki w Kanie i którego miał użyć raz jeszcze na Krzyżu, zapytał: "Niewiasto, gdzie są ci, którzy cię potępiają?". Odpowiedziała: "Nie ma ich tu, mój Panie". Odpowiedział: "I ja cię nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej."

Nie zlekceważył On jej grzechu, gdyż już niewiele czasu zostało do chwili, w której miał On zań zapłacić na Krzyżu. Tym, co zrobił, było uświadomienie miłym ludziom ich grzechów i pytanie: "czy nie ma ubogich wokół ich bram, którzy nie są nakarmieni, albo chorych, którzy pozbawieni są opieki, albo dusz, którym brakuje nauczania?" "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Czyż ich własna beznamiętność nie była odpowiedzialna za namiętność tej kobiety, i czyż zaniedbywanie przez nich biednych nie przyczyniło się do popadnięcia przez nią w grzech? Jakaż szkoda, że ci mili ludzie nie wiedzieli nic o kompleksie Edypa! Mogliby powiedzieć, że "kompleks matki" był odpowiedzialny za ich zachowanie. Mili ludzie, uznani za winnych przez własne sumienie, opuszczają Go. Okropni ludzie, których symbolizuje owa kobieta, pozostają. Okropnych ludzi, którzy pozostają, napomina On, aby zerwali nie tylko z jednym konkretnym grzechem, lecz ze wszystkimi grzechami.

Mili ludzie nie znajdują Boga, ponieważ wypierając się własnej winy, nie potrzebują oni Odkupiciela. Okropni ludzie, którzy są zmysłowi, zapalczywi, spaczeni, samotni, słabi, lecz którzy próbują stać się dobrymi, zdają sobie szybko sprawę, że potrzebują pomocy z zewnątrz, że sami sobie nie poradzą w dążeniu do dobra. Ich grzech tworzy pustkę. Od tego momentu, podobnie jak kobieta przyłapała na grzechu, istnieje wybór: "Chrystus albo nic".

Cóż za niespodzianki będą w dniu Sądu Ostatecznego, gdy okropni ludzie znajdą się w Królestwie Niebieskim: "Jawnogrzesznice i poborcy podatkowi wejdą do Królestwa Niebieskiego przed Skrybami i Faryzeuszami". Niespodzianka będzie trojaka: po pierwsze, zobaczymy tam wielu ludzi, których nigdy nie spodziewaliśmy się tam zobaczyć. O niektórych z nich powiemy: "Jak on tu wszedł? Chwała niech będzie Bogu, spójrzcie na nią!". Drugą niespodzianką będzie niespotkanie tam wielu miłych ludzi, których spodziewaliśmy się tam ujrzeć. Lecz niespodzianki te będą niczym w porównaniu z trzecią i największą niespodzianką ze wszystkich: tą niespodzianką będzie, że my tam będziemy.



Arcybiskup Fulton J. Sheen





Źródło: "Life is Worth Living",1953r., str. 217-222.

Litania do Matki Bożej Dobrej Rady.



Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
Chryste usłysz nas!
Chryste wysłuchaj nas!
Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami!
Synu Odkupicielu świata, Boże,
Duchu Święty, Boże,
Święta Trójco, Jedyny Boże,
Święta Maryjo - módl się za nami!
Święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad Pannami,
Matko Dobrej Rady,
Córko Ojca Przedwiecznego,
Matko Syna Bożego,
Oblubienico Ducha Świętego,
Przybytku Trójcy Przenajświętszej,
Bramo niebios,
Królowo Aniołów,
Ozdobo Proroków,
O dobra Rado Apostołów,
O dobra Rado Męczenników,
O dobra Rado Wyznawców,
O dobra Rado Panien,
O dobra Rado wszystkich świętych,
O dobra Rado uciśnionych,
O dobra Rado wdów i sierot,
O dobra Rado chorych,
O dobra Rado strapionych i więźniów,
O dobra Rado ubogich,
O dobra Rado we wszelkich potrzebach,
O dobra Rado we wszelkich niebezpieczeństwach,
O dobra Rado w pokusach,
O dobra Rado nawracających się grzeszników,
O dobra Rado konających,
We wszelkich sprawach i potrzebach - użycz nam dobrej rady!
We wszelkich wątpliwościach i zamieszaniach,
We wszelkich smutkach i przeciwnościach,
We wszelkich niebezpieczeństwach i nieszczęściach,
We wszelkich niedostatkach,
We wszelkich krzyżach i dolegliwościach,
We wszelkich pokusach i natarczywościach,
W prześladowaniu i oczernianiu nas,
W każdej wyrządzonej nam krzywdzie,
We wszelkich niebezpieczeństwach duszy i ciała,
We wszelkich potrzebach,
W godzinę śmierci,
Maryjo, Matko Dobrej Rady,
 
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
przepuść nam Panie!
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
wysłuchaj nas Panie!
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami!
 
K.: Módl się za nami, o Matko Dobrej Rady.
W.: Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
 
Módlmy się.
O Boże! Dawco wszelkich dobrych i doskonałych darów! Daj nam wszystkim, którzy się do Maryi uciekamy, abyśmy z Jej macierzyńskiej ręki mogli otrzymać dobrą radę, pomoc i wsparcie w naszej biedzie, wątpliwościach i potrzebach przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego. Amen.



Modlitwa Anioła Fatimskiego.


O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie, kocham Cię. 
Proszę Cię, byś przebaczył tym, 
którzy nie wierzą, którzy Cię nie uwielbiają, którzy Cię nie kochają, którzy Ci nie ufają.

Trójco Przenajświętsza
Ojcze, Synu i Duchu Święty, 
uwielbiam Cię ze czcią najgłębszą. 
Ofiaruję Ci Przenajdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, 
na przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, które Go obrażają. 
Przez niezmierzone zasługi Jego Najświętszego serca 
i Niepokalanego Serca Maryi 
proszę Was o nawrócenie biednych grzeszników.